czwartek, 7 marca 2013

Miłość na śmierć i życie.

WARNING: Alkohol, wulgaryzmy, krew. 
<Key>
Siedziałem sam. Znowu. Nie wiedziałem gdzie był ON, udawałem, że mnie to nie obchodzi chociaż moje serce krwawiło. Tak bardzo bolało. Dlaczego jesteś takim tchórzem Key? Pieprzonym tchórzem. Wziąłem do ręki butelkę wódki i upiłem kolejny łyk. Napój był obrzydliwy i wykręcał mi mordę, ale to dobrze. Bardzo dobrze. Ostatnimi czasy zadawanie sobie jakichkolwiek cierpień sprawiało mi frajdę. Każde było lepsze niż to, jakie nieświadomie zadawał mi Jong. 
-Patrz co mi robisz ukochany, PATRZ! - krzyknąłem chyba do mebli, bo jedynie one mi towarzyszyły. Zaraz potem podciągnąłem oba rękawy. Spojrzałem na blizy na mych przedramionach. Parsknąłem gorzkim śmiechem. Zabawne, że mógłbym się nawet zabić w pokoju obok, a on by się nie zorientował dopóki nie było by za późno. 

<Jonghyun>
Krążyłem bez sensu po mieście. "Co ja wyprawiam ze swoim życiem?" pomyślałem. Miłość mojego życia czekała na mnie, codziennie była w zasięgu ręki, a ja jak ostatni frajer nie potrafiłem zdobyć się na odwagę i powiedzieć Kibumowi co do niego czuję. Żałosne... Zatrzymałem się nagle. 
-Nie, tak nie może być. Kurwa, nie godzę się na to. - powiedziałem do siebie i zawróciłem kierując się w stronę domu. 

<Key>
Podniosłem jedną z kanapowych poduszek, na krórych siedziałem. Była tam gdzie zawsze. Moja droga przyjaciółka. "Ostra z ciebie dziewczyna kochana" pomyślałem. Boże Key nawet twoje żarty są chujowe, jak ty sam. Wziąłem głęboki oddech, ręce zaczynały mi się trząść. Pociągnąłem raz po całej długości nadgarstka. Jeszcze raz i jeszcze jeden. Poczułem ból, niesamowicie przyjemny. I tą wspaniałą ulgę. Po rękach spływała mi ciepła, szkarłatna ciecz plamiąc mój ulubiony dywan. Miałem to głęboko w dupie. Zabrałem się za drugi nadgarstek. Jedno cięcie, drugie, trzecie. Były tak doskonale głębokie. Nie minęło kilka minut jak zaczęło mi się robić słabo. Oparłem się wygodnie i czekałem na koniec tej pięknęj historii.

<Jonghyun> 
Kiedy wszedłem do domu serce mi stanęło. Otworzyłem szeroko oczy z przerażeniem patrząc na straszną scenę jaką zastałem. W głowie przewijały mi się pojedyncze hasła: alkohol, żyletka, krew, ledwo przytomny Key. Podleciałem do niego i wziąłęm go w ramiona. 
- Boże Kibum co ty zrobiłeś?! Kibummie otwórz oczy proszę cię! - krzyczałem ściskając go za nadgarstki.

<Key>
Z trudem otworzyłem oczy. Powieki były niesamowicie ciężkie. Słyszałem głosy jak przez grubą ścianę. Spojrzałem na Jonghyun'a. Płakał, jego łzy kapały na moją twarz. Uśmiechnąłem się i przyłożyłem mu dłoń do policzka. 
- Kochany wróciłeś. Tak bardzo chciałem zobaczyć cię po raz ostatni. - powiedziałem.
- Co ty bredzisz skarbie? Żaden ostatni raz. Wyjdziesz z tego ty... jeszcze wszystko będzie dobrze zobaczysz. - odparł Jong mocniej ściaskając mój nadgarstek. Błogi uśmiech nie schodził mi z twarzy.

<Jonghyun>
Nie byłem w stanie powstrzymać łez. Moje maleństwo, moje biedne maleństwo. Spojrzałem na liczne blizny na jego przedramionach. Popłakałem się jeszcze bardziej. Jak mogłęm nic nie zauważyć? Jonghyun ty pierdolony złamasie jak mogłeś nie zauważyć?! Byłem na siebie wściekły. Wziąłem Key na ręce i wsadziłem go do samochodu. Jeszcze nigdy tak szybko nie jechałem.

<Key>
Światła ulicznych latarni rozmazywały mi się w oczach. Nie zadążałem za obrazem. Było mi tak słabo, ale nie przeszkadzało mi to. Czułem się dziwnie błogo i cieszyłem się, że Jong jest ze mną. Zatrzymaliśmy się pod szpitalem. Poczułem się dziwnie śpiący. Nie miałęm już siły trzymać powiek w górze. Zamknąłem oczy.

<Jonghyun>
Spojrzałem na niego. O nie, nie nie nie nie nie. 
- Kibum otwórz oczy. Kibummie słyszysz mnie? Proszę cię otwórz oczy! - panikowałem. Potrząsałem nim lekko, żeby się zbudził. Zaniosłem go na rękach do środka. 
- Key otwórz oczy kochanie. Nie możesz mi tego zrobić. Kocham cię rozumiesz? Nie możesz odejść. - mówiłem do niego po drodze. 

<Key>
Jego słowa ledwo do mnie docierały, ale najważniejsze usłyszałem. Czy on powiedział, że mnie kocha? Jaki ja byłęm głupi. Momentalnie pożałowałem wszystkiego. 
- Ja... - ciężko było mi mówić - Ja też cię kocham J..Jong. - wyszeptałem nie mając siły na nic więcej. Znowu się uśmiechnąłem. Taka pięka historia...

<Jonghyun>
Na jego słowa ponownie pociekły mi łzy. Nie mogę go teraz stracić, nie mogę. Lekarze zabrali go ode mnie.  Szedłem z nimi krok w krok. Nie mogłem zostawić go samego.

<Key>
Jaki Jonghyun jest kochany. Cały czas był przy mnie. Zawsze. Jak mogłem tego nie zauważać? Bardzo chciałem cofnąć teraz czas. Nie chciałem już umierać. Chciałem żyć. Z nim. 

<Jonghyun>
Czuwałem przy nim całą noc. Kiedy rano otworzył oczy nie mogłem opanować radości. Złapałem go za rękę. 
- Jonhyun..? Czy ja... ja żyję? - zapytał zdezorientowany.
- Tak - oparłem z uśmiechem - Tak skarbie, jestes cały i zdrowy.

<Key>
Uśmiechnąłem się na jego słowa. Był taki kochany, taki szczęśliwy. 
- Przepraszam cię ja... ja nie wiem... - zacząłem. Nie do końca wiedziałem jakich słów użyć.

<Jonghyun>
- Nie przepraszaj kochanie, nie masz za co. Ja... - zawahałem się przez chwilę znowu poczułem strach - ... kocham cię Kibummie. Od zawsze. Powinienem był ci to powtarzać dzień w dzień, ale się bałem. To wszystko moja wina. Gdybym...

<Key>
Nie pozwoliłem mu skończyć zamykając jego usta swoimi. Jego wargi były takie ciepłe, miękkie. Poczułem się bezpiecznie. Poczułem, że w końcu mam powód do życia. 

Miałam to skończyć śmiercią divy, ale nie potrafiłam. Nie potrafię pisać smutnych historii. Jestem lamerem. Mały szczegół, że się popłakałam jak to czytałam, ale może to dlatego, że ten początkowy motyw jest mi bliski... Także tego, no. Happy ends górą!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz